W 2007 roku rozpoczęliśmy pierwsze mozolne przygotowania do naszej wymarzonej uroczystości. Chociaż zaręczyny miały miejsce już w maju, dopiero na jesieni na ślubie naszych znajomych poczuliśmy urok tego niezwykłego wydarzenia i porządnie wzięliśmy się do pracy. Ślub miał się odbyć za rok, na zaplanowanie wszystkich szczegółów mieliśmy więc wystarczająco dużo czasu… teoretycznie... W praktyce okazało się, że choćbyśmy mieli i trzy lata, pewnie i tak byłoby go za mało. Większość sal weselnych była już bowiem niedostępna, zostały tylko takie na 200, czy 300 osób, a my w planach mieliśmy niewielkie przyjęcie. Wymarzona data 21 czerwca też okazała się już wszędzie zajęta. Do tego wszystkiego szczegółowo przygotowany plan zniweczył mój nieplanowany pobyt w szpitalu. Opadły z nas wtedy wszystkie pierwsze zachwyty i z chmur trafiliśmy w prawdziwą  przedślubną krzątaninę. Dziś wiemy o niej już wszystko! Kiedy wybraliśmy już nową datę (czerwiec z uwagi na dostępne terminy sal zamieniliśmy na sierpień), uroczy kościółek (właściwie to on nas wybrał)i zagubiony w lesie malutki dworek  (jaki to cud, że czekał na nas jeszcze wolny) i zarezerwowaliśmy wszystkie punkty, przyszła pora na opracowanie wstępnej koncepcji dekoracji naszego ślubu i wesela. I w tym miejscu zaczyna się pierwsza w historii działalność Arte. Oczywiście wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy :)

U mnie w rodzinie wszyscy coś malowali. Malowała babcia, malowała moja mama, wujek, ja też więc od dzieciństwa malowałam … wszędzie! Najlepiej odpowiadały mi szkolne zeszyty, w późniejszym wieku malowałam już na drewnianych listwach, ścianach i szafkach, oczywiście ku niezadowoleniu mojej mamy :) Krasnoludki w lesie zamieniłam na bardziej ambitne dzieła. Nie ważne jak wyszło, ważne było samo tworzenie i pomysł. Ojciec mojego przyszłego męża od lat pracował w poligrafii, a mój przyszły mąż w ramach wakacyjnego zajęcia doszkalał się u niego od dzieciństwa.  Ja od roku z zamiłowania tworzyłam różne karteczki okolicznościowe, a mama od zawsze miała hopla na punkcie dekoracji … jak się okazało dziedzicznego. Podstawy i chęci mieliśmy więc potężne, doświadczenie w kwestii ślubów i zaproszeń– żadne. Decyzja jednak zapadła: zaproszenia ślubne robimy sobie sami!

Obejrzeliśmy jeszcze raz nasz ukochany dworek,  kościółek, poskładaliśmy wszystkie elementy w głowie i wybór padł na malinową czerwień, przeplataną starym złotem i kapką tradycyjnej bieli. Opracowaliśmy wstępny fason zaproszeń (co o dziwo nie sprawiło nam żadnej trudności) i wzięliśmy się za poszukiwania niezbędnych nam materiałów. I tu kolejne schody … całą Warszawę wzdłuż i wszerz objeździliśmy w poszukiwaniu odpowiedniego złotego brokatu i kleju który spełnił by nasze warunki. Trwało to dobre dwa miesiące. Na szczęście bez trudu znaleźliśmy potrzebny nam papier i mogliśmy nadrobić zaległości. Koncepcja wielokrotnie była jeszcze modyfikowana i udoskonalana. System tworzenia ciągle sprawiał nam kłopoty i też ciągle był zmieniany. Za każdym razem pracę zaczynaliśmy od nowa, i od nowa, i od nowa …  Nie poddając się do zaproszeń dodaliśmy jednak jeszcze winietki, numerki na stoły, karty menu, podziękowania dla rodziców i świadków,  oraz tablicę z powitaniem gości weselnych i planem stołów.  Część elementów wypisywałam ręcznie piórkiem maczanym w atramencie. To też sprawiło, że część wykonanej już pracy trzeba było robić od nowa. Zanim nauczyłam się nim sprawnie posługiwać i opracowałam własną ozdobną czcionkę – minęło sporo czasu. Część elementów sami zbijaliśmy i malowaliśmy farbą na złoto. Część szyliśmy z pomocą rodziny. Każdy element musiał pasować do pozostałych. Każdy musiał być oryginalny.

Dziś nie wiem już dokładnie ile razy wszystko poprawialiśmy. Dokupowaliśmy papiery i robiliśmy od nowa. Chęć stworzenia ideału, opanowała nas jednak bez reszty. Wszystko to robiliśmy sami ręcznie z takim zaangażowaniem, że nie wiemy nawet kiedy zleciało pół roku. Byliśmy już tym wszystkim porządnie zmęczeni, nigdy jednak nie mieliśmy dość. Z tego wszystkiego ledwo zdążyliśmy przed ślubem :) Efekt jednak wart był zachodu! Spełniliśmy swoje marzenia. Zrobiliśmy coś swojego, oryginalnego, niepowtarzalnego, No i znaleźliśmy swoją drogę życia. Ukochaną pracę w którą włożyliśmy całe nasze serca. Teraz nie wyobrażamy już sobie życia bez zaproszeń ślubnych. One dały nam radość tworzenia na co dzień, no i wspólną pasję z której jesteśmy wyjątkowo dumni!

Oczywiście decyzja o niej nie zapadła od razu, nie była też łatwa, a początki zachęcające. Mozolna praca po 20 godzin na dobę prze 7 dni w tygodniu zaprowadziła nas dziś tu gdzie jesteśmy. Dlatego też dziś z dumą po dwóch latach działalności Arte Designer prezentujemy Wam swoje pierwotne dzieło, troszkę już sfatygowane i nie pierwszej młodości, ale za to z jakim potencjałem wspomnień :) Oceńcie sami.

Karolina i Piotr

Zaproszenia ślubne - ARTE DESIGNER

Dodaj swój komentarz

ImiÄ™:
Temat:
Komentarz: